|
„Na pięciolinii ludowego krajobrazu Woli Mieleckiej"
Poczułam na sobie niepozorny dotyk szklącego się ciepłymi
barwami Słońca. Tak delikatnie otuliło moją twarz swym budzącym
się do życia promieniem, iż w jednej chwili zapomniałam o
milczeniu białego śniegu wśród pól, łąk, domostw i drzew na Woli
Mieleckiej. Zaczęłam oddychać powietrzem, w którym wciąż tliło
się magiczne wspomnienie o upale lata, beztroskich godzinach
osnutych nieprzeniknioną zielenią traw oraz naturalnością
przejrzystych burz podczas przesilenia. Tak chciało mi się żyć:
odpływały w niepamięć drgające kroplami smutku godziny szarych,
pustych, jałowych dni; w najdalszych odmętach duszy
benedyktyńsko chowałam gorycz samotności, smak bólu zadawanego
tysiącem kłamliwych słów. Zapomniałam całe zło i krzywdy. Teraz
dotykały mnie tylko ciche, bezszelestne promienie słońca,
których moc zdawała się być niczym lekarstwo na spokojny letarg
mieszkańców uśpionego sioła. Liczyłam białe obłoki na kobalcie
nieba. Czy to naprawdę był ten odcień? Nie… Cały nieboskłon
wyglądał jak paleta błękitów, lazuru i granatu, a kobalt był
jedynie małą niezapominajką we wspaniałym bukiecie, otaczającym
z lekkością narodziny świeżego słońca.
Wybiegłam na podwórze… Tak długo czekałam na tę upragnioną
chwilę: zapach ożywionego wiosennym powiewem pola, zdyszanych
kiełkowaniem jasnozielonych niepozornych traw, a przede
wszystkim – muzyki na nowo zawitałych korowodów ptactwa. W ich
radosnych dźwiękach, ciągle otoczonych z lekka myślą o
dalekomorskich podróżach, słyszałam wyznanie prawdziwej miłości
do tych zielonych łąk, gdzie rosa wczesnym brzaskiem przypomina
pajęczynowaty ocean kropel, do tych lasów, gdzie w odmęcie
labiryntu drzew znajduje się tak cenny skarb – cisza, do tej
Wisłoki, która w takt łagodnego nurtu opowiada historie i
legendy zasłyszane u podnóża gór, do tego miejsca – Woli
Mieleckiej.
Tak chciałam pozbierać nawet najdrobniejsze koraliki szczęścia i
poukładać jak mozaikę w jeden sen, wspaniały sen, taki, co
osusza wszystkie łzy. Dla mnie niech przyniesie i zanuci go
południowy wiatr – aromat wiosny, zapomnienia, spokoju. Niech na
Woli Mieleckiej, która jest moją małą Ojczyzną, zawita nowe
życie, budzące się również w sercach wszystkich mieszkańców.
Zaczęłam tańczyć w takt melodii granej przez kameralną, ludową
orkiestrę natury. Tak spontanicznie wyczuwałam rytm tętniących
narodzin wiosny, lecz nie był to mazurek, nie krakowiak,
polonez, kujawiak czy oberek. To był taniec przepojony swymi
ludowymi korzeniami do dna nut, kroków i gestów, Oddawał
charyzmę najpiękniejszej pory roku i on właśnie, jako jedyny,
towarzyszył rolnikom podczas siewów, kiedy to szli jak do
najukochańszej matki, prosząc o urodzajny plon, jakże często
owocujący w sercach miłością. To był trafny i adekwatny ludowy
rytuał, dający nieoceniony początek wiośnie – nowemu życiu.
Wiodła mnie prawdziwie skoczna melodia rytmicznie pulsującej
ziemi- Ziemi Woli Mieleckiej.
Czułam szczęście, niezmącone żadnym bezsensownym brzemieniem;
cieszyłam się, ze to właśnie Wola Mielecka, moja ukochana
miejscowość, pozwoliła mi zakorzenić w sobie od nowa ludowe
wątki życia, budzące się najpiękniejszą wiosną. To ona
przekazuje Tobie wiadomość: „w ogromie przytłaczających,
syzyfowych prac nad milionem przyziemnych spraw”, zauważ cud
natury w swojej okolicy. Nie bój się tańczyć razem ze mną. Niech
twoja dusza gra na zapomnianym ludowym instrumencie, który jest
przecież tuż obok. Podziel się urokiem nieocenionej wiosny. I
spiesz się… niedługo może być za późno.
Barbara Bernat, Wola Mielecka 247
Marzec 2008 r. |